tytuł oryginału: Tara Road
język oryginału: angielski
oprawa miękka
liczba stron: 792
Z noty wydawcy:
Ria Lynch ma kochającego męża, udane dzieci, krąg serdecznych przyjaciół i uroczy dom przy reprezentacyjnej ulicy Dublina. Kiedy jednak całe jej uporządkowane i szczęśliwe życie wali się w gruzy, Ria załamuje się i nie potrafi sprostać nowej sytuacji. Marilyn Vine mieszka w uniwersyteckim miasteczku w Connecticut. Odnosi sukcesy w pracy, jest ambitna i niezależna, ale po tragedii, jaką niedawno przeżyła, zachowuje dystans wobec ludzi. Pewnego dnia w rezultacie przypadkowej rozmowy telefonicznej drogi życiowe tych dwóch kobiet krzyżują się. Jeszcze zanim spotkają się twarzą w twarz, Marilyn i Ria podejmują decyzję, która w radykalny sposób odmieni ich dalsze losy.
Dlaczego lubię książki Maeve Binchy? Bo przecież nic w nich szczególnego - ot, opowiastki z życia. Ani tam szybkiej, zapierającej dech akcji, ani tam bohaterów, co ratują świat, ani nawet uczucia pokonującego przeciwności losu typu wojna czy inny kataklizm. A przecież czytam jej powieści z ogromną przyjemnością.
Bo książki Maeve Binchy traktują o zwykłym życiu i równie zwyczajnych ludziach uwikłanych w swoje codzienne problemy. Jasne, że z perspektywy takiego, dajmy na to, Supermana ratującego naszą Planetę, problemy bohaterów "Drogi do Tary" są żadne, ale właśnie dlatego ci bohaterowie są nam bliscy. Bo żyją tak jak my - chodzą do pracy, żeby zarobić pieniądze, wychowują dzieci i wysłuchują ich kłótni, mężczyźni zdradzają kobiety, kobiety za dużo mówią, a matki i teściowe są solą tej ziemi, czyli nie można ich używać w nadmiarze. Taka jest właśnie "Droga do Tary" - doskonałe czytadło.
Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że ta książka nie wywołała żadnych emocji. Byłam wściekła na Dany'ego, gdy przyszedł "poważnie porozmawiać" z Rią. Tak, te poważne rozmowy mężów i ich dbałość o niewywoływanie scen, żeby nie skrzywdzić dzieci. Trzeba było wcześniej myśleć o krzywdzie dzieci, a nie w momencie, gdy żonie usuwa się ziemia spod nóg! No właśnie - niby zwyczajne życie. Tak się tylko wydaje. Codzienność może dostarczyć tylu niechcianych emocji.
No i najważniejsze - nie ma dobrego zakończenia. Bo życiowe historie nigdy się nie kończą, życie musi toczyć się dalej, dla jednych lepiej, dla drugich gorzej, ten osiągnie to, co chce, tamten musi jeszcze poczekać, ale... jakoś to będzie. Bo musi być jakoś.
Fantastyczna książka o małżeństwie, rodzinie, przyjaźni. Czyli o tym, co otacza każdego z nas.

Ja też lubię książki pani Binchy - polecam "Głogowy raj" czy "Dublin 4"
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
Takie książki są dobre by oderwać się od naszych zwykłych problemów, pokrzepić się i nabrać sił :) Pewnie kiedyś sięgnę po którąś z książek autorki :P
OdpowiedzUsuńTakże bardzo lubię takie lekkie czytadła traktujące o życiu.
OdpowiedzUsuńZachęca mnie także tytuł tej książki.
Świetna i kusząca recenzja :)
OdpowiedzUsuńOdnoszę jakieś dziwne deja vu, ale nie umiem go sprecyzować... Czy chodzi o treść, czy o tytuł...
OdpowiedzUsuńZ całą pewnością zostałam zachęcona do przeczytania, więc niezwłocznie to uczynię jeżeli nadarzy się taka okazja :D
Tymczasem zapraszam do odwiedzenia http://amon-sul.blogspot.com (recenzje-ciekawych-ksiazek pod nowym adresem) :)
Magdalena i Liv KS
Magdo - widziałam Twój link pod poprzednim postem, dziękuję za zaproszenie. Wolałabym, żebyś już trzeci raz nie wklejała. Dziękuję.
UsuńTakie książki są dobre w zimowe wieczory. ;-)
OdpowiedzUsuńZ chęcią poznam bliżej powieści autorstwa Binchy, skoro tak zachęcasz:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!
Dziękuję za wszystkie komentarze, wszystkie zawsze czytam, bo dostaję powiadomienia o nich na mail.:)
OdpowiedzUsuńMam wielką ochotę przeczytać, w ogóle nie znam autorki, a też lubię takie książki - o zwykłym życiu, prawdziwe, bez udziwnień.
OdpowiedzUsuńKocham Maeve Binchy, a ta książka jest jedną z jej ulubionych
OdpowiedzUsuńO, to Tobie mogę powiedzieć - trochę irytowała mnie ta cała Ria. Ja rozumiem, że można się zakochać i być oślepłym z tej miłości, ale po iluś tam latach można już ochłonąć i zacząć dostrzegać też siebie w związku. Tak moim zdaniem.
UsuńAle książka mi się bardzo podobała. Taka życiowa była, jeśli czytałaś Pruszkowską i kojarzysz scenę z "Przyślę panu list i klucz" odnośnie Trędowatej:) Naprawdę mi się podobała, bo pokazywała różne typy ludzkie i to byli prawdziwi bohaterowie, a nie papierowi.