wydawnictwo: Albatros 2009
tytuł oryginału: The Smoke Jumper
język oryginału: angielski
oprawa miękka
liczba stron: 448
Z noty wydawcy:
Autor niezapomnianego "Zaklinacza koni" pisze o miłości, która unieszczęśliwia wszystkich. Pożar, który odmienił życie trojga ludzi, zaczął się od uderzenia pioruna. Gdy obozująca u podnóża góry z grupą nastolatków Julia Bishop zdała sobie sprawę z zagrożenia, było już zbyt późno, by cokolwiek zrobić. Z szalejącego żywiołu wydobył ją Connor Ford i pokochał zakazaną miłością. Ale Julia jest związana z Edem Tullym, jego najbliższym przyjacielem, który w wyniku akcji ratowniczej został oślepiony. Obaj mężczyźni dzielą wspólne pasje, razem skaczą na spadochronach do pożarów i kochają tę samą kobietę. To ona musi dokonać ostatecznego wyboru w sytuacji, w której nie ma dobrego wyjścia...
Książka wciągająca przeogromnie, nie mogłam się od niej oderwać i w pierwszej chwili pomyślałam - piękna! Jednak po kilkunastu godzinach naszły mnie pewne refleksje niezbyt korzystne dla autora. Po pierwsze wszystkich zainteresowanych treścią, odsyłam do noty wydawcy, bo będę się teraz do niej odnosić.
Powieść składa się z trzech części, a blurb traktuje tylko o pierwszej. Rzeczywiście było tak, jak tam jest i początek był świetny. Potem zaczęło się robić zbyt serialowo i to w tym najgorszym wydaniu seriali, gdzie każdy kocha każdego, ona musi wybrać, nie może się zdecydować i wszyscy trwają w zawieszeniu, a ona jak ta rozdarta sosna - kocha obu i cierpi w milczeniu. Ona wie, że on wie, że ona wie. Takie zagmatwanie wszystkiego, zwroty akcji w hollywoodzkim stylu. Przesada w żadną stronę nie jest wskazana, ale kiedy normalnego człowieka zaczyna się ukazywać jako anioła w aureoli, mój rozsądek zaczyna się buntować.
Na koniec autor uśmiercił tego, który stał na przeszkodzie spełnieniu się wielkiej miłości, więc nikt nikogo nie musiał ranić, wszyscy się kochali i żyli długo i szczęśliwie. Amen.
Było tak ładnie, ale zrobiło się za słodko, czyli mdło i zamknęłam książkę zniesmaczona kiczowatością całości.
Ale uwaga! Książkę się pochłania, bo oprócz tych wszystkich komplikacji miłosnych, jest w niej sporo ciekawych obrazów - praca strażaków skaczących ze spadochronem do pożarów lasu; obrazy wojen w Afryce, przerażające obrazy. Gdyby autor nie przesadził z tymi romansami, to byłaby świetna powieść.

W sumie warto byłoby przynajmniej spróbować ;)
OdpowiedzUsuńCzytam ją dość dawno i taka byłam zniesmaczona, że nie miałam siły o niej napisać. Teraz czasami na nią zerkam i czuję żal do wydawcy za zbyt dokładną notkę o treści książki
OdpowiedzUsuńAle ten blurb aż tak strasznie dużo nie zdradza, chociaż możesz mieć rację, po lekturze książki widzę, że za dużo:)
UsuńZaraz, zaraz, a ja lubię ksiązki z wątkami romantycznymi. Również tymi, które się dobrze kończą. Powiedziałabym nawet, że wręcz nie lubię takich, w których nie ma miłości. Czy miłość spełniona musi od razu obniżać poziom ksiązki?
OdpowiedzUsuńJa też lubię książki o miłości, na dowód - Miedziany jeździec, Obca, i wiele innych.
UsuńTutaj zwróciłam uwagę na to, że autor nawymyślał tyle komplikacji, tyle zawiłości, że aż przesadził. A na koniec trach! uśmiercił jedno, żeby reszta mogła pławić się w szczęściu bez zbędnego poczucia winy. Hollywoodzkie to było i nie podobało mi się, bo według mnie to była przesada.
Nie lubię książek, które kończą się "zbyt" dobrze. najlepsze moim zdaniem są takie, w których zakończenie jest niedopowiedziane. Co Ty o tym sądzisz? :)
OdpowiedzUsuńNie, ja wolę, kiedy opowieść ma zamknięcie, tylko żeby nie było przesłodzone. Co prawda niektóre otwarte zakończenia też są dobre. To naprawdę sztuka napisać dobrą powieść.
UsuńCzytałam "W pętli" i "Przepaść" . Szczególnie podobała mi się ta pierwsza książka. Kilkakrotnie zabierałam się do "Zaklinacza koni", ale zrezygnowałam i myślę,że na tym moja przygoda z Evansem się zakończyła.
OdpowiedzUsuńW pętli nie czytałam, ale Przepaść wspominam jako bardzo dobrą powieść. Dlatego tak zaskoczył mnie ten kicz w Sercach w ogniu, bo uważałam autora za całkiem dobrego. Nie skreślam go po jednej powieści, która mi się nie spodobała, W pętli planuję przeczytać. Zaklinacz koni też mi się podobał, ale Przepaść była lepsza.
UsuńLubię książki w których wiele się dzieje, a ta właśnie na taką wygląda. Może kiedyś po nią sięgnę, choć ten całkowity "happy end" trochę zniechęca.
OdpowiedzUsuńMyślę, że każdy ma czasem ochotę na najbardziej kiczowatą książką z najbardziej kiczowatym zakończeniem... :-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,Magda
tajemnicezatoki.blog.onet.pl